20 listopada 2013

Szpital


Za swego życia w szpitalu byłam raz. Na tydzień. A wrażeń z tego miejsca bez liku. Taka sytuacja: grypa żołądkowa. Najgorszemu wrogowi nie życzę. Odwodnienie, urwany film, karetka, szpital. 


Będąc w szpitalu trzeba mieć cierpliwość, duże poczucie humoru i umiejętność posługiwania się sarkazmem- level MASTER.

 
Już na izbie przyjęć sprawdzają, czy aby nie trzeba odwieźć cię do psychiatryka, co by problem zepchnąć gdzie indziej.


Lekarz: Nazwisko!

M.: xyz.

L: Imie!

M: xyz.

L: data i miejsce urodzenia!

Miałam ochotę odpowiedzieć już Chrząszczyżewoszyce, powiat Łękołody, ale odpuściłam i brnę dalej...

M: xyz.

I w tym momencie lekarzowi zacina się płyta... Każde z tych pytań pada jeszcze 100 razy! Człowiek zaczyna się zastanawiać, cholera jasna! Może w tym wszystkim podaje mu złe daty?! Może się tak nie nazywam, jak mu podaje?! Zwariowałam?

M: ale ja już przecież mówiłam!

L: nie zapisałem! <wali ścieme>

M: to co pan tam bazgrze?!

L: Siostro!!!

Pewnie, jak problem to po babę wzywać! Gdzie diabeł nie może...
<tak wiem, że sprawdzał moje zdolności kojarzenia i czy nie zacznę pieprzyć bez sensu:)>

Ok. Przesiadka na wózeczek i wio na oddział. Podczas przesiadki ciemno przed oczami, prawie znowu tracę kontakt, ale siadam, yest! Przed oczami gwiazdki, jednorożce, tęcza...

Na oddziale. 

Pielęgniarka: stanąć prosto, zamknąć oczy i trafić palcem do nosa!

Że czym do czego?! Podchwytliwe, nie ma co! Ledwo kontaktuje, ale kuleczki w mózgu próbują się zderzyć, chomiki popierdzielają na najwyższych obrotach, żarówka się musi zaświecić... 

Pies pogrzebany jest w tym: co jest dobrą odpowiedzią na żądanie pielęgniarki? 

Dotknięcie czy nie dotknięcie tego cholernego nosa?!

Wtedy miałam jeszcze kompleks dużego kinola więc zagaduję, co by uzyskać jakieś info:

M: on jest taki wielki, że trudno będzie w niego nie wcelować!

Pielęgniarka nie wzruszona. Żadnej podpowiedzi na zasadzie musisz go dotknąć! 

A więc staję prosto, ręce przed siebie...

Pielęgniarka: Palcami wskazującymi dotknąć!

Wyszedł z niej człowiek i chociaż powiedziała, którymi.

Palce wyprostowane i namierzamy cel... powoli, powoli, powoli...

Wiecie jak to było w szkole, że na teście w ostatniej chwili zmienialiście odpowiedź? Mi też w tamtym momencie przeszło to przez myśl. Czemu nosa? Może wam chodzi o oko, a podpuszczacie mnie na nos, cwane bestie?!

Już mam zmienić kierunek, ale wtedy rzucam sama sobie wyzwanie, a czy ja z zamkniętymi oczami faktycznie dotknę nosa?!

Opuszki zetknęły się z nozdrzami.

M: trafiłam i co?

P: dobrze, nie ma pani wstrząsu mózgu.

Nie można było tak od razu? Ile mniej stresu, ile mniej nerwów!

Jeszcze tylko motylek na kroplówkę i na salę.


Do szpitala trafiłam nad ranem w wigilię. Na oddziale pustki- wszystkie dzieciaki na przepustkach. Śpię jak niemowlę od kilku godzin podpięta pod kroplówkę.

Pielęgniarka czy salowa kij wie: WSTAWAĆ!

Otwieram jedno oko.

PS: WSTAWAAAĆĆĆ ŁÓŻKO MUSZĘ POŚCIELIĆ!

M: a po co?

PS: BO MUSZĘ!

M: ale jaki to ma sens, skoro pani pościeli, a ja się znowu na nim położę i wszystko zmemłam na nowo?

PS: MUSZĘ!

M: jaki pani MUSI to niech se pani pościeli to puste obok!

PS: a po co mam ścielić zaścielone łóżko?!

M: a po co ma pani ścielić moje?!

PS: MUSZĘ!

W tym momencie poczułam się, jakbym ja była w kabinie wc, a pielęgniarkosalowa stała pod kabiną z mocną potrzebą i jedyne, co można z niej wydobyć to
BO JA MUSZĘ!

M: ok zróbmy tak. Ja je sobie sama pościele, jak już wstanę?

PS: WSTAWAĆ!

Myśląc dalekosiężnie stwierdziłam, że dyskusja będzie trwała i trwała, ustępuje, słaniając się siadam na łóżku obok. Pielęgniarkosalowa ścieli, co polega mniej więcej na podrzuceniu kołdry. Staje uśmiechnięta.

PS: JUŻ!

M: czyli teraz moge się położyć i nadal spać?

PS: tak :D

Upierdliwe, złośliwe czy jakie? Pracownik miesiąca cholera? Jakieś zakłady, kto ile łóżek zaścielił?

Wszyscy narzekają na szpitalne jedzenie.

Rankiem po akcji żołądka o kryptonimie wyrzuć z siebie wszystko, przychodzi czas na jedzenie.

Wchodzi pani z wózeczkiem. Na śniadanie mnie cholera jakoś nie obudzili! Wjeżdża obiad. Do pokoju. 

Na pierwsze rosołek. Na drugie kurczaczek w złocistej, chrupiącej skurce, ziemniaczki i buraczki. Dla mnie WYPAS! 

Jem, aż mi się uszy trzęsą, boje się trochę, czy z kurczakiem nie spotkamy się ponownie i w duchu zastanawiam, czy tak powinna wyglądać dieta po zatruciu czy tam grypie żołądkowej? 

Wtem wpada mój catering i wrzeszczy:

Catering: NAZWISKO!

Myślę sobie, oho lekarz z izby przyjęć się mści.

M: xyz

Catering: Jezus Maria!
Ty dziecko jesteś na ścisłej diecie! Boże, a ja ci kurczaka daje!

Szczerze się do cateringu i mówię:

M: dziękuję, dobre było, nie spodziewałam się :D

Catering: Dziecko! Jakby kto pytał, to tego nie jadłaś! Mnie tu nie było! Nie widziałaś mnie!

I łap za mój talerz, na którym jeszcze trochę buraczków!

M: ale nie skończyłam!

Catering:
pamiętaj! Ty nawet nie zaczęłaś!

Kolejny tydzień jadłam kisiel i biszkopty. Na deser gotowane jabłko.


Oddział. Wizyta lekarza. Codziennie innego. Dzień pierwszy.


Lekarz: to jak cię czujemy?


M: dobrze


Lekarz: no to dobrze...


i wtem wkłada mi rękę pod spodnie!


M: <wrzaskiem> co pan robi?!


L: badam tętno


W moich majtkach? O, nie ze mną te numery! Mam 14 lat i sobie nie dam! Lekarz może i ma cel szczytny, ale czy intencje szczere?!


M: akurat tutaj?! To się bada przecież na nadgarstku! <tak, pouczałam lekarza, gdzie się lepiej sprawdza tętno>


L: Lepiej wyczuwalny jest w pachwinie.


Mam ochotę wyrzucić ręcę w górę i powiedzieć, ok ty tu jesteś lekarzem.


Gorączka. 

Zimno mi jak cholera. Na sali jakieś 7 pustych łóżek. Ja sama skurczona pod jedną, cieniutką kołderką.


Pielęgniarkosalowa: zimno?


M. <ciśnie mi się na usta jak cholera> tak. Mogę kołdrę albo kocyk z innego łóżka?


PS: NIE!


M: ale przecież nikt pod nią nie leży, nikogo tu oprócz mnie nie ma...


PS: NIE! Z domu se przynieść!


PS wychodzi. Mama kradnie kocyk i przykrywa mnie nim. Potem wraca do domu.


PS wchodzi: mówiłam, że nie można było koca brać!


M: ale ja nie mam pojęcia, co on tu robi...


PS: MÓWIŁAM!


M: niech pani gada z kocykiem co on tu robi, ja spałam!


Metoda rżnij głupa.


PS: TYLKO MA MI WRÓCIĆ NA MIEJSCE!


M: do mnie pani mówi czy do kocyka?


PS: <WKURW>


A moi drodzy miałam prawo tak mówić. 

Wieczorem gorączka osiągnęła 39,8 stopni.


Wchodzi młoda pielęgniarka. Podaje termometr. Widzi 39,8. Podaje dożylnie paracetamol. Wychodzi.


Wchodzi. Podaje termometr. Wychodzi.


Ja już w lepszym humorze. Wchodzi. Oddaje jej termometr:


MłodaPielęgniarka: Jezus Maria!


M. w myślach, ale tu psioczycie na wszystkich, tylko nie na siebie


M: ?


MłodaPielęgniarka: Jezus Maria! Przecież dałam paracetamol dożylnie, a Ty masz 40,2!


Aha. Stąd to dobre samopoczucie. Umieram. Podobno przed śmiercią stan pacjenta się poprawia więc czas na mnie.


Uczyli Was na PO, że jak komuś sprawdzacie, czy ma czucie w nogach, to sprytnie zasłaniacie mu nogi i pytacie, czy delikwent może poruszać lewą stopą? I nawet jak nie ruszy to mówimy mu spoko, będziesz żył i nie dajemy po sobie poznać, że jest do dupy?


Tej pielęgniarki nie uczyli. Poszła wtedy na wagary.


MłodaPielęgniarka: Boże! Co ja zrobię?! Przecież nie ma prawa rosnąć! W takim tempie! I to dożylnie. Jezus Maria.


Strach i przerażenie w oczach. O dziwo, nie w moich tylko jej.


Podaje mi termometr.


MłodaPielęgniarka: zmierz jeszcze raz!


No to mierze, mierze, nie idź do światła, mierze, mierze...


Wchodzi. Zgarnia termometr. Ręce jej się trzęsą.


MłodaPielęgniarka: 38,2... SPADA! Źle se wcześniej termometr strzepnęłam!


A myślałam, że to faceci tylko mogą sobie źle strzepnąć.


Z kroplówkami też było ciekawie. Odpinali mnie jak chciałam siku, podpinali jak wracałam.


I tak wróciłam, pielęgniarka podłączyła. Leże sobie, książkę czytam.


Hm... ale dlaczego moja rurka do kroplówki jest czerwona?


DINGDONGDINGDONGDINGDONG tym pstrykaczem przy łóżku.


Wchodzi MłodaPielęgniarka. Nie wróży to dobrze.


MłodaPielęgniarka: o co chodzi?


M: czemu krew leci do kroplówki?!


MłodaPielęgniarka: oj


Właśnie takiej odpowiedzi po personelu medycznym się spodziewałam.


M: no oj, ale czemu?!


MłodaPielęgniarka: cofka się zrobiła


Dowcipnisia.


Pani wybaczy, ale ja cofek na kilka najbliższych lat to ja mam dość!


MłodaPielęgniarka: taką kolorową rurkę teraz będziesz miała :)


Poczarowała i zassało jak trzeba.


Po 3 dniach w szpitalu stwierdziłam, że albo mam omamy, przywidzenia, źle z głową, albo ktoś mnie non stop śledzi.


Śledzi w drodze do łazienki.


Co ja do łazienki, to za mną pielęgniarka.


Nawet porządnego PLUM się wstydziłam zrobić!


Po kilku dniach wszystko stało się jasne.


Jestem chuda. Na oddział trafiłam na skutek silnych wymiotów.


Więc nie chodzę do wc na siku! Tylko na pawika.


ANOREKTYCZKA


Rozmowa z rodzicami, wchodzi szycha, czyli ODDZIAŁOWA.


Na nic tłumaczenia, że jem, że wszyscy w rodzinie tacy szczupli, że przecież grypę żołądkową miałam.


ANOREKTYCZKA I KŁAMCZUCHA!


Przecież każda tak mówi! A ja jestem oczywiście KAŻDA.


Zaczynam się śmiać pod nosem. Moją głupią przypadłością jest, że jak się denerwuję to się śmieję.


ANOREKTYCZKA KŁAMCZUCHA I NA DODATEK BEZCZELNA!


Ranek. Znacie to uczucie, kiedy czujecie, że ktoś się na was gapi? No więc poczułam, przez sen.


Dla bezpieczeństwa zawsze otwieram jedno oko.


Pielęgniarka. Przy łóżku. Moim. Przy mojej szafce. OTWARTEJ!


Grzebie sobie na legalu.


M: <ze stoickim spokojem> co pani robi?


Grzebiąca: oj, to pani nie śpi?


Teraz to pani...


M: jak widać...


Grzebiąca: <uśmiech nr 5 :D>


M: ?


Grzebiąca: a bo nie chciałam pani buuudzziiiććć....


M: wyszło pani


Grzebiąca: a bo ja widziałam, że pani ma takie gazety, a nam się w dyżurce nuudziii, to byśmy se poczytały. ODDAMY!


M: trzeba było obudzić i zapytać


Grzebiąca: ale ja nie chciałam budzić!


M: czyli mi się śni, że rozmawiamy? BO ŚPIĘ?!


Grzebiąca: ale mogę? ODDAMY!


Nadszedł dzień zemsty.


Dzieciaki wróciły po przerwie świątecznej na oddział. Było już do kogo zagadać.
Wpadam po coś do swojego pokoju. Stoi pielęgniarka. Z wykresem.


Pielęgniarka: STOLEC BYŁ?!


M: <poznałam chłopaków na oddziale, więc rozkojarzona rzucam> co było?


Pielęgniarka mocno wkurzona, że nie zrozumiałam jakże branżowego, specjalistycznego określenia STOLEC. Zniża się do poziomu zwykłego śmiertelnika i pyta:


Pielęgniarka: czy KUPA była?!


Stolec i kupa to to samo, a z ust pielęgniarki jakoś pachnie to inaczej. Stolec gloryfikowała, kupę zniżyła do poziomu rynsztoku.


I stoi pielęgniarka. Z wykresikiem moich stolców. Kropka- był, kreska-nie było.
Nadszedł dzień zemsty. To moja chwila prawdy!


M: nie było, ale nie powiedział jeszcze w tej kwestii dzisiaj ostatniego słowa!


Pielęgniarce poszła para z uszu. KROPKA CZY KRESKA?! Co ona ma tam narysować?! Jak o tej porze mam czelność stwierdzić, że może jeszcze będzie? 

Pytania o stolec umilkły. Śledzenie również. 


Może to dzięki gazetom się wkupiłam?


A Wy? Macie jakieś szpitalne anegdotki?


Całusy,
M.




Ps. Każdy komentarz jest dla mnie bardzo cenny. Wiem wtedy, że nie piszę tego tylko dla siebie i dla ewentualnie moich dwóch kotów :)

22 komentarze:

  1. :O Nie chcę nigdy do szpitala! To jakiś dom wariatów o.O xd

    OdpowiedzUsuń
  2. Ha, ha, genialny opis. Nic dodać nic ująć. Ja tego poziomu mistrzostwa co do szpitala jeszcze nie osiągnęłam, za to z dumą stwierdzam, ze przekroczyłam barierę strachu i jak ostatnio przyjechałam karetką na SOR, a Pan który mnie przyjmował wyskoczył na mnie z ryjem, że po co ja tutaj w ogóle jestem, to puściły mi wszystkie hamulce i posłałam mu taką wiązankę łaciny podwórkowej, że aż mi ból zelżał. Czasami nie da rady kulturalnie i z klasą. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaa, ci co przymują, mają zawsze najwięcej do powiedzenia :P
      Z drugiej strony akurat znieczulica w szpitalu mnie nie dziwi. Wpisana jest chyba w ten zawód. Gdyby lekarze przejmowali się każdym ciężkim przypadkiem, to by oszaleli.

      Usuń
    2. O dziwo lekarze byli mili, tylko pozostała kadra nie bardzo.

      Usuń
  3. Ja ćwiartkę życia przeżyłam w szpitalach i raczej mam z nimi różne wspomnienia... Może nie zawsze takie jak Twoje, ale szpitale zazwyczaj są szkołami absurdów ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie cierpię szpitali! Byłam raz i podziękuje ;)
    U mnie korzystając jeszcze z ostatnich słonecznych dni stylizacja z barokowymi elemantami ;)
    Pozdrawiam cieplutko ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja już swoje przeszłam w szpitalach i nigdy więcej!:)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozbroiłaś mnie kobieto. Nie wiem, czy śmiać się, czy płakać :D
    Z moich anegdotek... Chyba nie mam takowych. Przez długi czas przebywałam w szpitalu jako dziecko. Byłam tak tym wszystkim zafascynowana, że później w domu urządzałam cały szpital, nawet dyżurka była! A, później to i lekarzem chciałam zostać!
    Swoją drogą cały czas się zastanawiam dlaczego tak dobrze ten czas wspominam. Jedyne co przychodzi mi do głowy to fakt, że szpital był jakieś 100km od domu i rodziców miałam tylko dla siebie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rany, ja się bawiłam w weterynarza :P

      Usuń
  7. O masakra. Ja byłam w szpitalu ostatnio z kolką nerkową, której tez nie życzę najgorszemu wrogowi. Na szczęscie nocowac w szpitalu nie musialam, ale i tak cudownie nie bylo. Chociaz o wiele lepiej niz jak rok temu karetka mnie zabrala z wysoka temperaturą i silnym oslabieniem organizmu (prawie zeszłam w pracy) i co? w szpitalu wszyscy na mnie wsciekli ze ktos wezwal karetke chociaz przeciez ja nie zemdlalam! I przeciez nic mi nie jest! wysoka temperatura? Phi, co ich to obchodzi.. Laskawie przepisali mi antybiotyk... ktory nie dosc ze byl drogi (ponad 30 zl za trzy tabletki!) to jeszcze po pierwszej tabletce jeszcze gorzej sie czulam - miałam chyba wszystkie mozliwe efekty uboczne. Ja już podziękuję za takie leczenie;x

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja byłam w szpitalu kilkakrotnie, raz z tego samego powodu co ty, ale u mnie obyło to się bez problemów ze służbą zdrowia, co jak widać jest aż dziwne :D

    OdpowiedzUsuń
  9. Może i się powtarzam, ale uwielbiam Twój cięty humor ♥
    W szpitalu na grypę żołądkową byłam tylko raz, we wczesnym dzieciństwie, więc tego nie pamiętam. Podobno miałam rączki przywiązane do łóżka i było ze mną źle.
    Za to półtora roku temu byłam na oddziale o nieco innej specjalizacji. Spędziłam tam trzy miesiące. Aczkolwiek wspominam to dość dobrze, było to dla mnie cennym doświadczeniem. I ratunkiem, chociaż wtedy uważałam, że wcale go nie potrzebuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W komplementach się możesz powtarzać, śmiało :P
      Jeżeli pobyt okazał się dla Ciebie ratunkiem to pozostaje się tylko cieszyć :)

      Usuń
  10. Dzięki za odwiedziny ; ) Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Większość swojego życia spędzam w szpitalach nijeżeli w domach i mam trochę inne zdanie na ten temat..
    http://coeursdefoxes.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  12. Na szczęście nigdy nie leżałam w szpitalu :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Mój pobyt w szpitalu to operacja kręgosłupa na oddziale neurochirurgii. Wielka lekcja życia i pokory. : )

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj współczuje. Z kręgosłupem nie ma przelewek.

      Usuń
  14. trafiłam na Twojego bloga przypadkiem i kurczę no, jak Ty świetnie piszesz! :) naprawdę , aż chce się czytać więcej i więcej. Ja przygodę ze szpitalem miałam jednorazową, nienawidzę strzykawek, wenflonów itd. I pozdrawiam te wszystkie aż zanadto wykwalifikowane pielęgniarki mądrzejsze od lekarzy :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, pielęgniarki dają czasami popalić :P
      Dzięki za komplement :D

      Usuń